Grafika POST (12)

Jesteśmy rodziną dość dużo podróżującą 🙂 Lubimy chodzić do restauracji, wyjeżdżać na weekend, wakacje, krótki urlop. Sprawia nam to mnóstwo przyjemności (choć jest też sporo nerwów i czasem zmęczenia). Robiliśmy to, kiedy jeszcze Szpinakożercy nie było na świecie i robimy to z radością teraz!

Pierwszy daleki wyjazd Szpinakożerca zaliczył, kiedy miał niecałe 10 miesięcy. Polecieliśmy do Toskanii! Jedliśmy pizzę, makaron i mnóstwo lodów. Oczywiście Szpinakożerca wtedy jeszcze nie jadł zbyt dużo stałych pokarmów, zabrałam dla niego kilka przekąsek i ze 2 słoiczki. Zjadł na pewno jakiś brzeg pizzy, nie było też problemu, by zamówić dla niego gotowaną marchewkę w restauracji. Ale w ramach ciekawostek – raz ukradł z pizzy Salami picante 😀 Zjadł!

MENU DLA DZIECI

Skoro dużo podróżujemy, często chodzimy do restauracji, to muszę przyznać, że

widziałam już mnóstwo dziecięcych menu w restauracjach

Polskich, zagranicznych, małych, dużych, eleganckich i takich, które za eleganckie próbują uchodzić.

Wiele je łączy, rzadko zdarzają się wyjątki. Chciałabym opowiedzieć Wam, za co je kocham i za co nienawidzę 🙂 Gotowi?

Menu dla dzieci kocham za….

…to, że są 🙂 

Bo jest to dla mnie zawsze sygnał, że w tej restauracji znajdę również krzesełko do karmienia a być może nawet kącik dziecięcy i przewijak. Wiem, że nie kelnerzy nie będą dziwnie na nas patrzeć. To po prostu dobry znak. Choć jest wiele restauracji, które menu dziecięcym się nie chwalą a są również dostosowane do potrzeb rodzin z dziećmi.

To również często ukłon ze strony restauratora w kierunku rodziców i dzieci. To miłe, że ktoś o nas pomyślał i warto to docenić!

Menu dla dzieci nienawidzę za….

….to, jakie są 🙂

Nudne, smutne, monotonne, takie same.

Pomidorówka, rosół, makaron z pomidorami, nuggetsy z kurczaka, naleśniki… Nie podoba mi się to. Chciałabym, by to się zmieniło i zaraz opowiem Wam, dlaczego to ważne dla nawyków żywieniowych naszych dzieci!

MENU DLA DZIECI

Postawmy sobie podstawowe pytanie: po co chodzimy do restauracji? Jasne czasem dlatego, że nie ma w domu nic do zjedzenia. Czasem dlatego, że jesteśmy w drodze i coś trzeba zjeść. Ale zazwyczaj po to, by zjeść coś innego. 

Dlaczego zatem uczymy nasze dzieci, że jedzenie to tylko pomidorówka i naleśniki?

Wiecie, co mnie najbardziej w tym menu wkurza? Zakłada, że przeciętne dziecko nic innego nie będzie w stanie zjeść. Że przeciętne dziecko lubi tylko takie rzeczy. Za tymi przekonaniami idą rodzice, którzy nie wierzą, że dziecko będzie w stanie zjeść coś ciekawszego, lepiej doprawionego, nieznanego.

To naprawdę ważne, byśmy uwierzyli, że nasze dzieci są w stanie lubić warzywa, że mogą jeść ciekawe, wyjątkowe dania, różnorodne smaki. Jeśli my w to nie wierzymy, jak mają uwierzyć w to nasze dzieci? Jeśli nie damy im szansy poznania nowych smaków, zmiany zdania, próbowania nieznanego, to skąd mają wiedzieć, co lubią a czego nie?

Różnorodność i zmiany smaku są bardzo ważne dla dzieci. Pomagają im otworzyć się na wartościowe jedzenie!

Wiem oczywiście, że są dzieci, które naprawdę jedzą tylko naleśniki i pomidorową. Pytanie tylko, czy chcesz, by tak było zawsze? Bo jeśli nie, to może warto coś zmienić. Niezliczoną już ilość razy zapraszałam Cię do odwiedzenia Letniej Szkoły Jedzenia Warzyw. To miejsce, w którym znajdziesz naprawdę dużo wartościowych informacji na temat tego, jak zachęcić dzieci do jedzenia 🙂

Otwartość na nowe smaki, poznawanie innych kultur, różnorodność w diecie to nawyki znacznie ważniejsze od tego, czy dziecko je 5 porcji warzyw i owoców dziennie. 

Ale przecież tego właśnie pragną dzieci…

Restauratorzy zapewne będą zapierać się, że menu dla dzieci jest ustalone w ten sposób, bo takie są potrzeby i preferencje rodziców i dzieci. To bardzo pokrętne tłumaczenie! Macie na to jakieś badania?

Ostatnio pomagałam pewnemu redaktorowi z magazynu Wprost napisać artykuł dot. jedzenia, które ma inny (niestety lepszy) skład za granicą niż w Polsce. Dlaczego chipsy w Polsce mają glutaminian sodu i olej palmowy, a w innych krajach sól i przyprawy? Wg. producentów, dlatego że takie są preferencje Polaków. Dlaczego ciasteczka maślane Leibniz mają w Polsce jedynie 5% masła, a w Niemczech aż 12%? Bo takie są nasze preferencje. Podobno!

Miło jest zostać tak zaszufladkowanym? Chyba nie… 

Dlatego proszę, nie szufladkujmy naszych dzieci 🙂 To, że maluch nie lubił jako 3-4 latek buraków, nie znaczy, że nigdy ich nie polubi. Ale musimy dać mu szansę! Dzieci się zmieniają, ich smaki się zmieniają, ale jedynie wtedy, gdy my je odpowiednio stymulujemy. Stawiajmy naszym dzieciom wyzwania, wymagajmy, pobudzajmy do rozwoju. Również w kwestii żywieniowej 🙂

Zamiast mówić: „On nie lubi marchewki”, powiedz następnym razem „On jeszcze nie polubił marchewki”! 

Kochani kucharze!

Na koniec mały apel do restauratorów. Macie w swoich rękach również nawyki naszych dzieci. Pokażcie, że wierzycie w ich ciekawe smaków języki. Jeżeli wchodzę do dobrej, nowoczesnej restauracji, to oczekuję dań zaskakujących. Niekoniecznie z kuchni fusion, ale z jakimś zaskoczeniem smakowym, intrygującym połączeniem. Tego samego chciałabym dla mojego syna. By mógł wybrać z frytek z marchewki z cynamonem a zupą z czerwonej soczewicy. Albo między burgerem z awokado a makaronem z pesto. Wiem, że potraficie nas zaskoczyć i trzymam za Was kciuki!

MENU DLA DZIECI


A Wy korzystacie w czasie wypadów do restauracji z menu dla dzieci? Jakie macie z nim doświadczenia?
Przyznam, że my zazwyczaj dzielimy się jedzeniem z naszych talerzy lub zamawiamy dla Szpinakożercy danie spoza menu dla dzieci. Choć zdarza mu się zjeść też po prostu makaron z pomidorami!